Never again

Rozmawiałem wczoraj z przyjacielem. Takim z młodych lat. Łączyło nas to samo miasto, ta sama szkoła, podobne doświadczenia. Później nasze losy się rozeszły. On został analitykiem, odniósł znaczący zawodowy sukces. Ja zostałem lekarzem. Leczę ludzi. Wspominaliśmy młodość. Elitarne liceum w mieście niegdyś żywym żydowską tradycją, język polski wykładany przez młodą panią doktor filozofii, historię wykładaną przez starszego pana, który pamiętał jeszcze czasy sprzed Wielkiej Wojny. Ani na lekcjach języka polskiego, ani na historii nie poznaliśmy jednak żydowskich dziejów naszego miasta. Dziejów miłości i nienawiści pomiędzy naszymi dziadkami a wymordowaną żydowską ludnością. Nie dowiedzieliśmy się wiele o polskiej odpowiedzialności za zło wyrządzone sąsiadom naszych przodków.

Ze smutkiem obydwaj przyznaliśmy, że żyliśmy wśród domów, które zatrzymały dla siebie historię swoją i swoich mieszkańców – historię, o której nikt nic i nigdy nam nie powiedział. O ile grzechem naszych antenatów była obojętność wobec Żydów, a nieraz życzenie śmierci i donos – naszym własnym udziałem stało się skazanie tych ludzkich istnień na niepamięć.

Mój przyjaciel dopiero przed dwoma laty poznał szczegóły z życia swojego dziadka. Ów dziadek posiadał przed wojną w małym miasteczku zakład produkcyjny. Chcąc ich chronić, w czasie wojny zatrudnił w nim Żydów. Przyjaciół.

Jego polscy znajomi donieśli o tym do Gestapo. Dziadek ledwie uszedł z życiem, wydał fortunę na łapówki. Po wojnie nigdy nie odezwał się do nikogo z tego miasteczka. Opuścił rodzinne strony.

Dziś staramy się żyć świadomie. Gdy odwiedzamy nasze dawne miasto, ulice i kamienice zaczynają szeptać nam do ucha swoje losy.

Andrzej

Verhaal van Andrzej